W Wiedniu sztukę robi się na wiele sposobów. Robi się ją w ciasnych i zagraconych studiach artystów, robi się ją w małych kunstraumach, galeriach i wielkich muzeach. Robi się ją w gazetach, kulturalnych rozmowach przy wine gespritz i na targach sztuki. A tych w ostatnich dniach w Wiedniu było sporo. Bo wczesna jesień to czas Vienna Contemporary i Parallel Vienna – dwóch zupełnie różne i jednocześnie bliźniaczo podobnych do siebie imprez.

Wiedeńskie targi sztuki w jednym miejscu gromadzą dziesiątki galerii, setki artystów i tysiące prac. Malarstwo, rzeźby, instalacje, dziwne dźwięki – wrażenia wylewają się na widza z każdego kąta. Vienna Contemporary to targi prestiżowe, gromadzące doświadczone galerie (w tym wiele międzynarodowych), a impreza odbywa się w zrewitalizowanej przestrzeni Marx Halle, której białe, sterylne wnętrza są doskonałymi przestrzeniami do prezentacji sztuki. Za Parallel Vienna idzie mniej biznesu, a więcej idei. Tu nie ma white boxów, jest architektoniczny recycling – eksploatacja miejsc niepotrzebnych. Bo organizatorzy wykorzystują przestrzenie nieużywane, niepotrzebne miastu.  Tegoroczna edycja odbyła się w budynku biurowym przy Lassallestrasse 5, wybudowanego ok. 25 lat temu, od pięciu pozostającym nieużytkiem.

Vienna Contemporary 2019

Bez względu jednak na miejsce, markę sygnującą czy sposób ekspozycji – targi sztuki to doświadczenie będące wyzwaniem dla widza. Natłok wrażeń, nazwisk, instytucji i wszelkich zmysłowych wrażeń przytłoczyć może nawet największego miłośnika sztuki. Parallel zapewnił w tym roku swoim widzom aż trzy piętra wrażeń, koncerty i performanse – głównie artystów austriackich, w większości z Wiednia. Dominowało malarstwo i rzeźby, ale trafiły się też instalacje. „Theories of space” Thomasa Waidhofera to duże, czerwone obiekty – drapieżne, pełne ostrych kątów, ciętej blachy. Dwóm statycznym częściom towarzyszy wielkie akwarium (wysokość całego pomieszczenia) ok 2x2m, z potężną dmuchawą w środku wprowadzającą w ruch tajemniczą czerwoną płachtę. W ruchu przybiera formę człowieka – pajaca. Jest też portret Trumpa, pędzla Thaer Maaroufa – w miejscu ust autor wstawił niewielki ekran i animację z wielkim, ruszającym się językiem. Jest też społecznie zaangażowany, acz dyskretny film Christophera Schwarza – „The best city is no city”, w którym autor pochyla się nad urbanizacją rejonów podmiejskich nieuchronnie wiążącej się z postępującą depersonalizacją. Wreszcie – był znakomity performans krzyku islandzkiego artysty Sigtryggura Berga Sigmarssona. Artysta stoi na środku galerii i krzyczy „I am not in the entertainment business”, czyli „nie jestem/ nie będę częścią przemysłu rozrywkowego” – co na targach sztuki brzmi o tyleż niepokojąco co i dramatycznie.

Trump

W obu wydarzeniach brałam udział już kolejny raz z rzędu. W Parallelu – pierwszy raz także po stronie wystawcy*. Na wiedeńskich targach co rok zachwyca mnie bliskość artystów. Są na wyciągnięcie dłoni. W powyciąganych ciuchach, a czasem w marynarkach. Trudno odróżnić galerzystę od autora. Wszystko jest bliskie i zbyt rzeczywiste.  Artyści, kolekcjonerzy, zapach ambicji, idei i wielkich pragnień – wszystko dla widza, na wyciągniecie ręki. I, choć wielu twierdzi, że targi to tylko biznes, to wciąż wiele tu rozmów o pomysłach, pełnych nadziei uścisków dłoni, narzekania na trudną rzeczywistość artworldu i fermentu nieprzetłumaczalnego na inne języki. Na targach warto bywać. Bo tu się też robi sztukę.