Notgalerie, Aspern 1220, Wiedeń, blisko stacji U2 Aspern Nord

Rozmowa z artystami – Reinholdem Zisserem, inicjatorem projektu, i Christophem Schwarzem, współautorem.

Z rozmowy dowiesz się tego, że:

Notgalerie to instalacja i galeria w jednym, w dodatku zlokalizowana na odległych przedmieściach Wiednia

katolicki kościół może stać się galerią sztuki współczesnej

sztuka współczesna może zainteresować kibiców piłki nożnej

tożsamość miejsca może podlegać transformacjom wciąż zachowując genius loci

Anna Petelenz – Jak to się stało, że dawny katolicki kościół stał się przestrzenią dla sztuki współczesnej?

Reinhold Zisser –To wynik splotu wielu okoliczności. Ten budynek był rzeczywiście wcześniej kościołem prowizorycznym. Uratowaliśmy go przed zniszczeniem.

AP– Kościół prowizoryczny, czyli jaki?

RZ – Kościół prowizoryczny, notkirche, stawiany był w miejscu, w którym brakuje tradycyjnego kościoła. W nowych miastach lub w z powodu zniszczeń wojennych. To były drewniane budynki, takie jak ten, czasem stodoły, czasem nawet zdarzały się samochody, z których księża celebrowali msze. Było ich sporo w Austrii. Ten kościół działał od 1946 aż do 1969 roku, w 19 bezirku [wiedeńska dzielnica – bezirk; przyp. red.]. W 1969 zdecydowano tam o budowie „normalnego” kościoła.

AP – Glanzinger Pffarkirche. Sporo betonu i modernizmu. Wciąż tam stoi i jest czynny. Ale wróćmy do historii.

RZ – W 1969 ten budynek miał być zniszczony, ale wówczas odezwał się bezirk 22 [kolejna z odległych od centrum dzielnic Wiednia; przyp.red.] z deklaracją: my go weźmiemy. To były pierwsze przenosiny. Potem otwarcie w 1972. Kościół działał aż do roku 2000. I wtedy znów został porzucony. Na 15 lat!

AP – Jak się wyciąga kościół z takiego zapomnienia?

RZ – Zauważyłem go przypadkiem, jadąc autobusem.

Drzwi były pootwierane, ale bez śladu ludzi. Żadnych papierosów, grafitti, oznak osób bezdomnych. To była sceneria jak ze Stephena Kinga – porzucony kościół w lesie! Byłem tak zafascynowany tym miejscem, że  chciałem o nim opowiedzieć innym. Podzielić się tym wrażeniem.

AP – I co zrobiłeś? Miejsce do kogoś należało, a dla wielu było też przestrzenią sakralną.

RH – Zesquatowałem całą przestrzeń. Właściciel terenu, owszem, nie był zadowolony. Ale w pewnym momencie zrozumiał, że sobie nie pójdę. A i ja nie robiłem żadnych kłopotów.

AP – Jesteśmy daleko od centrum Wiednia. Przynajmniej 20-25minut drogi metrem z głównych stacji. To nie jest i raczej nie będzie pierwsze miejsce, gdy człowiek myśli „pójdę dziś na wernisaż”.

ChS – Jest jeszcze gorzej. Dla wielu Wiedeńczyków, dla studentów, dla ludzi związanych ze sztuką to już nawet nie jest Wiedeń! To bardziej wakacje w niedzielę, niż pełnoprawna część austriackiej stolicy.

RH – Ale to uczucie „opuszczania Wiednia” nam sprzyjało. Po wyjściu ze znanego środowiska, pojawia się otwartość, może ciekawość, nowe patrzenie na świat. Zauważyliśmy, że mimo odległości mieliśmy więcej osób na otwarciach.

AP – A kto na nie przychodził? Okoliczni mieszkańcy, artyści, pasjonaci sztuki?

RZ – Na pierwszym otwarciu mieliśmy więcej okolicznych mieszkańców. To był 2015 rok. To była swego rodzaju sensacja i nowość. Artyści coś robią w opuszczonym kościele!

Ale pierwsze pytanie jakie słyszeliśmy brzmiało: Czy to coś związanego z uchodźcami? Mówiliśmy: Nie, to sztuka. I wtedy słyszeliśmy: Bogu dzięki!

AP – Czyli zostali „ocaleni”. A wy zaakceptowani.

RZ – Niestety nie cieszyli się z obecności sztuki, ale z nieobecności uchodźców.

AP – A potem przyszedł 2017 i kolejna przeprowadzka.

RZ – Dla mnie to był trudny moment. Byłem już w ten projekt zaangażowany, ale – nie byłem na niego w pełni gotowy. Nagle pojawiły się fundusze, nagle usłyszałem: weź sobie ten budynek. Świetnie, ale to przecież nie takie proste. Jasne, dostałem budynek za darmo, ale musiałem znaleźć dla niego nowe miejsce i transport oczywiście.

AP – Jesteśmy po przenosinach, otwarciach, jest 2018 rok. Jak to się stało że galeria jest zaangażowana w… Mistrzostwa Świata Piłki nożnej?

ChS – Dostaliśmy informację, że w naszym nowym miejscu, czyli tu w Aspern Nord/ Seestadt, odbędzie się wielka transmisja mistrzostw. Ogromny ekran LCD i setki ludzi.

AP – No i jak dalej z taką obecnością funkcjonować? Trudno być neutralnym, gdy takie zdarzenie już jest na wycieraczce.

RZ – Mieliśmy dwie możliwości: albo zamknąć działalność na jakiś czas albo się z tym zmierzyć. Organizatorzy zaczęli od tego, by zapytać nas czy mogę zorganizować u nas bar. Albo toalety. Bardzo szybko okazało się więc, że musimy jakoś z tym kooperować. Pomyśleliśmy wtedy też, że być może pierwszy raz w historii – nie będziemy musieli walczyć o publikę.

ChS – Nasz brak aktywności byłby symboliczny.

Oznaczałby, że sztuka musi upaść w obliczu masowego i popularnego doświadczenia. A dla nas to byłaby porażka.

AP – I jaki powstał plan?

ChS – Zaprosiliśmy 50 artystów. Zdecydowaliśmy też, że nie będziemy robić wystawy o futbolu, choć to dość oczywiste skojarzenie. Chcieliśmy dać jasny sygnał kim jesteśmy i co robimy – eksperymenty, sztuka współczesna, interwencje w przestrzeń. Z technikaliów: wykorzystaliśmy też ekran LCD. Pokazaliśmy tam świetne wideo Karin Ferrari, która zdekodowała logo FIFA. Było też moje wideo – dotyczyło zabawy w przewidywanie wyników. Prosty, krótki film nakręcony telefonem.

RZ – Na wystawie skupiliśmy się na idei „masowego wydarzenia” i katolickiej przeszłości budynku. Nikt się wcześniej z tym nie skonfrontował. A to była dobra okazja. Tyle sprzeczności: masa ludzi, piłka nożna, piwo i kościół, który jest dziś galerią!

AP – Dla wielu osób była to być może pierwsza wizyta w galerii ze sztuką współczesną. Była piłka, piwo i sztuka współczesna – jak to się łączy?

RZ – Przez pierwsze dni zorientowaliśmy się, że ludzie wcale do nas tak łatwo nie przychodzą! Założyliśmy, błędnie,  że przyjdą. Dla nas to było oczywiste. W końcu to jeden jedyny budynek na wielkim polu! Ale nie. Christoph zrobił więc dodatkowe wideo, reklamujące wystawę, emitowane podczas przerw meczy. I po tym rzeczywiście ludzie zaczęli się pojawiać.

AP – I jakie były reakcje?

RZ – Część była zainteresowana,

część pytała czemu to jest sztuka? Przecież to śmieci, a część dzieliła się tylko ostentacyjnym acha. I ja to rozumiem – jeżeli możesz przeżyć 40 lat bez zaglądania na wystawę sztuki, to czemu w ogóle to zmieniać?

Ale najważniejsze było to, że mieliśmy naprawdę sporo reakcji i rozmów. Pamiętam dwóch mężczyzn, rzemieślników – narzekali na kiepską jakość wykonania dwóch prac. Zupełnie na poważnie spierali się o to ponad pół godziny. Rozmawialiśmy. Dopiero gdy zauważyli ile czasu trwa już ta rozmowa, to przyznali, że te prace coś im robią i że jednak jest to dobre. Myślę, że to właśnie był nasz główny cel  i zadanie – te rozmowy. Zadanie było o tyle łatwe, że dawny kościół zręcznie otwiera dyskusję.

AP – Prawie każdy może się do tego odnieść, istnieje wspólnota tych doświadczeń. A jak daliście sobie radę z zainteresowaniem? Doczekaliście się w końcu też materiału informacyjnego w telewizji.

RZ – Sytuacja sprawiła, że funkcjonowaliśmy jak prawdziwe muzeum lub galeria. Normalnie przecież, jak większość niezależnych miejsc w Wiedniu, mamy wernisaż, czyli gości i wino. Potem artist talk, czyli spotkanie z autorem/autorką i czasem finisaż. To był pierwszy raz gdy notgalerie była otwarta cały miesiąc, tyle godzin dziennie! Potrzebowaliśmy trójki asystentów. Wszystko było ufundowane z pieniędzy podatników, każdy więc miał prawo przyjść i czuć się mile widzianym

Po tym projekcie myślę też, że że świat sztuki może jest zbyt zamknięty. Notgalerie zmieniła to, jak postrzegam swoje kolejne działania. Zacząłem od sztuki konceptualnej. Ale teraz staram się działać też bardziej w kontekście społecznym. Podoba mi się nieprzewidywalność tej energii która pochodzi bezpośrednio ze spotkania z drugim człowiekiem i zupełnie różnych spojrzeń. Ważne jest, by w tym światku sztuki nie stać się snobem. Bo łatwo jest wejść w sytuację, w której już nikt nie rozumie tego co robisz, a ty już nie chcesz nawet z ludźmi rozmawiać.

AP – Chcecie zatem zapraszać więcej „normalnych” ludzi. Jesteście w nowej części Wiednia, na przedmieściach. Rozglądamy się dookoła – gdzieś na horyzoncie rosną nowe domy. I dla wielu rzeczywiście będziecie miejscem pierwszego kulturalnego wyboru, bo jesteście blisko. I tu pojawia się wyzwanie, bo jesteście off spacem i chcecie pozostać niezależni, z drugiej strony igracie z pojęciem „galerii”, które też wprowadza nieco komercyjny wątek.

RZ – Nie, to nie jest galeria. To nie jest off space. To projekt artystyczny, notgalerie to tak naprawdę instalacja, która się zmienia. Otwarcie tu wystawy było częścią projektu, ale nie jego celem. Nie zostajemy tu na stałe i nie planujemy kalendarza wystaw.

AP – Tylko co z tymi ludźmi o których wspominasz? Stajecie się częścią pejzażu – urbanistycznego, artystycznego, lokalnego. Osobistego dla niektórych osób tutaj. Gdzie chcielibyście się przenieść?

RZ – Rozmowy trwają. Jedną z opcji jest oddanie do muzeum całego budynku. W końcu nie jest aż tak wielki. Ale dla mnie najważniejsza jest unikatowość tego miejsca. Można usunąć stąd budynek, a przestrzeń wciąż będzie wspaniała, doskonała do organizacji wydarzeń kulturalnych.

ChS – Być może najważniejszą składową notgalerie jest właśnie ciągła transformacja. Transformacja i użytkowania i tożsamości. To otwartość na to czym może być sztuka.

RZ – Gdy znalazłem to miejsce, to był śmietnik. Nikt się nim nie interesował. Pytano mnie, czy zwariowałem. Dwa lata później już słyszałem – to dziedzictwo kultury. Teraz słyszę jesteście częścią tego miejsca, zostańcie na zawsze. Może zostawimy tu jakiś ślad. Istotne jest to, że ludzie są wdzięczni, gdy robi się wytrwale głupie rzeczy, które finalnie okazują się ciekawe.

Ten projekt powstał z pasji. Artysta musi pracować latami by jakikolwiek z jego projektów zdobył zainteresowanie publiczności. Jeszcze więcej lat nim ktokolwiek te fascynacje zrozumie i będzie także niósł. W tym projekcie skupiło się wszystko: kontekst społeczny, historyczny, architektura – wszystko było wyjątkowe. Jest to też dla mnie i dla wielu osób od początku poruszające – sama myśl o porzuconym kościele jest w jakiś sposób niemożliwa.

AP – Mówicie o wolności i swobodzie, ale to trochę przeciwieństwo umieszczenia budynku w muzeum. Tego sobie życzycie?

ChS – Moglibyśmy też zeskładować budynek na jakiś czas. Dla mnie to też byłoby interesujące. Proste przeniesienie stąd do innego miejsca to trochę banalizacja idei. Taki trick: znowu przenoszą. Tak, chciałbym budynek rozłożyć i ukryć. I ruszyć znów za 10 lat.

RZ – Jest notgalerie i jest to miejsce, w którym siedzimy. To dwie rzeczy. I to miejsce ma potencjał na działania osobne. Tu jest teraz miasto! Za kilka lat będą tu wieżowce. Moglibyśmy usiąść i poczekać, aż podejdą do nas jeszcze bliżej. Dla mnie ciekawe są właśnie te dwie sfery – przestrzeni i miejsca sztuki. Mogą funkcjonować razem, ale to osobne tożsamości.

AP –  Promowano Was w oficjalnych kanałach komunikacyjnych miasta Wiedeń. Także na tych turystycznych. Notgalerie doczekała się nawet reklam w metrze. Jak trudno było przekonać miejskich urzędników do wsparcia?

ChS – Reinhold miał dobry pomysł w dobrym czasie. Szukano miejsca kultury w Seestadt. Urzędnicy byli szczęśliwi, że to projekt czasowy, który będzie można usunąć, gdy tereny pójdą pod zabudowę. Miastu zależy, by wspierać kulturę poza centrum, w różnych bezirkach. Mieliśmy też wrażenie, że miasto chce choć trochę udawać, że interesuje się sztuką eksperymentalną. Prawdodpodobnie 5 czy 10 lat temu by nam się nie udało, ale ostatnie lata zmieniły jednak trochę nastawienie.

AP – Wsparcie lokalne jest, ale jednocześnie wiele miejsc z Wiednia znika – Thyssen, Essl, Generali. Jak to wpływa na małe art space’y? Wiele osób uważa, że Wiedeń jest najlepszym miejscem do robienia sztuki, ale czy tak rzeczywiście jest?

ChS – Młoda scena wiedeńska radzi sobie nieźle. Austria ma dobry system wsparcia – nie staniesz się bogaty dzięki niemu, ale masz szanse na realne wsparcie projektu. Jest naprawdę dużo małych art space’ów w 3 bezirku – prowadzonych przez samych artystów. Spore wydarzenia, jak Vienna Art Week próbują je teraz zawłaszczyć. To zabawne, bo

te niezależne miejsca powstały właśnie jako reakcja na taki zinstytucjonalizowany i skomercjalizowany rynek – na sztukę jako biznes. Teraz te malutkie miejsca zostały zauważone, zaczęły trochę się liczyć, więc duzi próbują je wchłonąć i zagarnąć.

RZ – Niestety w Austrii jest dość znikoma scena kolekcjonerska, w porównaniu z innymi krajami. Wielu artystów już bardziej doświadczonych wpada tu w nerwowość, bo powinni jakoś przeskoczyć do rynku międzynarodowego. A to bardzo trudne.

ChS – Mamy też problem polityczny, między urzędem miejskim a rządem kraju. Poza dużymi miastami ludzie głosują konserwatywnie. I nie wiemy, jak kolejne rządy będą się odnosić do sztuki. Zasadniczo, jeżeli porównać Wiedeń do innych miast, dobrze się tu robi sztukę. Jest wiele miejsc, gdzie możesz coś po prostu pokazać. Koszty życia są akceptowane. Większość się trochę zmaga, ale…czy to nie jest część bycia artystą?