1. Guido Casaretto, Duchy materii

Mocak słynie z dziwnych opisów i fajnej umiejętności promowania prac-ikon. Bo każda (lub prawie każda) wystawa w tym muzeum ma swoją pracę-ikonę, która potem ląduje na fejsbukach i instagramach znacznej ilości widzów. Była więc sarenka w puszkach, jest niezniszczalny pokój literek i jest…wielka głowa. Tak, celowo nie używam właściwych nazw prac. Bo w powszechnej świadomości idzie się „obejrzeć głowy” do Mocaku. I te „głowy” autorstwa Guido Casaretto naprawdę warto zobaczyć. Twarze przeanalizowane po wielokroć przez algorytmy, komputery i samego autora. Czym się różnią? Jakimi emocjami się dzielą? Trudno powiedzieć.

2. Wiesław Dymny, Jestem ranny człowiek

O Wiesławie Dymnym słyszeli wszyscy. I nie ukrywajmy, że głównie za sprawą Anny Dymnej. Jestem ranny człowiek przywraca jednak pamięć o tym artyście i jego działalności. Dostajemy więc krótkie bio, trochę video, wiele rysunków (sprośności!), zdjęć i przede wszystkim…konteksty. Konteksty jego twórczości i obecności w krakowskiej awangardzie. Patrząc po reakcjach widowni, także tej młodszej, edukacyjna rola wystawy się w pełni sprawdza, bo po Jestem ranny człowiek trudno patrzeć na Dymnego jako na „męża Dymnej”. Jego prace są gęste i trudne, nawet rysunki erotyczne zdają się bardziej nieprzyjazne, niż nasycone jakąkolwiek radością. Jest też kilka rewelacyjnych portretów Anny Dymnej – innych niż te ułożone i „dworkowe”, które zazwyczaj dostajemy.

3. Wymazać hańbę! Artyści z kolekcji Sachsenhausen

Celowo w tym zestawieniu nie znajdziecie wystawy największej tej jesieni w Mocaku, czyli II wojna światowa – dramat, symbol, trauma  . Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że młyny promocyjne działają i prawdopodobnie o tej wystawie już słyszeliście. Po drugie – jest tak duża, że nie da się jej ominąć, jak już do muzeum dotrzecie. Co innego z Wymazać hańbę! – to dużo mniejsza wystawa, w dolnej części, niedaleko Warhola i ekspozycji stałej (swoją drogą zreorganizowanej). Przejmujące rysunki obozowe, obrazy sprzed i po doświadczeniu obozów. Do opisu czy relacjonowania okołoholokaustowych prac zawsze gdzieś brakuje języka, więc krótko – idźcie, zobaczcie, pomyślcie.