Madam C. J. Walker o włosach wiedziała wszystko. I o biznesie. I tak skutecznie połączyła jedno z drugim, że została pierwszą the wealthiest African-American businesswoman and wealthiest self-made Black woman in America. Została więc najbogatszą, czarnoskórą milionerką (z pracy własnych rąk, nie dziedziczenia) w Stanach Zjednoczonych w latach dwudziestych ubiegłego wieku. Czyli była kobieta sukcesu. Wielkiego! I o tym sukcesie w zaledwie czterech odcinkach opowiada Self Made – jeden z najnowszych netflixowych miniseriali.

Madam C. J. Walker zaczynała jako praczka. Praczka z przemocowym mężem-pijakiem i łysiejącą głową. Od prania boli ją kręgosłup, ręce ma zdarte niemal do krwi. I wtedy trafia do fryzjerki – Addie Munroe – która leczy jej włosy specjalną miksturą. Madam Walker zaczyna się budzić. Emocjonalnie, społecznie, biznesowo. Chce lepszego życia i sama zaczyna sprzedawać pastę do włosów. I tak – od pasty sprzedawanej na ulicy i na werandach amerykańskich domów, powstała fabryka i 10 000 pracownic i zdobyty Nowy Jork. Wzorcowy american dream. Dla czarnoskórej, niewykształconej  kobiety to droga dłuższa i bardziej wyboista niż dla kogokolwiek innego.

Madam CJ Walker i Octavia Spencer

Osią historii jest rzekomy konflikt Walker z konkurentką – Addie Munroe, fryzjerką, u której Walker rozpoczyna swoją włosową przygodę. I może serial jest adresowany do młodszej widowni, a może niestety kiepsko napisany, ale prostotę konfliktu można podsumować mówiąc, że Munroe jest zła, a Walker dobra. Problem też w tym, że postać Munroe została zbudowana na podstawie biografii Annie Malone – rzeczywistej konkurentki Walker. Tylko że Malone biznesowo nie ustępowała Walker – również była milionerką i właścicielką prężnej firmy a także założycielką szkoły kosmetycznej. To więc powinna być historia o dwóch, genialnych kobietach, które z nicości (rodzice Malone prawdopodobnie byli jeszcze niewolnikami, zaś Walker była pierwszą osobą w rodzinie urodzoną już po wyzwoleniu) doszły do statusu milionerek, potężnych pracodawczyń, kobiet o wielkim społecznym wpływie. To powinna być historia o sile, determinacji i o przebijaniu muru.

I jest to historia prawdziwie wciągająca i fascynująca. Wystarczy przeczytać o bohaterce kilka notek dostępnych online, by zorientować się, że to mogłaby być opowieść łącząca Kolor purpury z Wilkiem z Wall Street. Ale nie jest. Są cztery, formalnie nie zawsze zrozumiałe (dziwne wstawki bokserskie z pierwszego odcinka; współczesne piosenki w tle dozowane w nierównomierny sposób; interwencje sceniczne), a przede wszystkim umiarkowanie ciekawie opowiedziane, odcinki. Wybitną jednak zaletą jest w serialu Octavia Spencer, dla której warto byłoby włączyć nawet reklamę proszku do prania. Jest wyjątkowa nawet tam, gdzie nie ma zbyt wiele do zagrania.

Zamiast tego jest historia o tym, że dwie silne kobiety nigdy nie będą się wspierać. A przynajmniej w to muszą wierzyć twórcy serialu.

Skoro jest tak bardzo średnio – po co w ogóle włączać Self made? Włączcie, bo to mocno średni, ale jednak akceptowalny serial o wyjątkowej kobiecie. To dobrze wyprodukowana herstoria, z pięknymi kostiumami i scenografią. Ale włączcie też dlatego, że nie zdarza się często by w mainstream wchodziła produkcja z niemal w pełni czarnoskórą obsadą. I przede wszystkim dlatego, że serial przechodzi Test Bechdel. Czyli są tu: dwie kobiety  + które ze sobą rozmawiają + o czymś innym niż mężczyzna. I nie, wbrew pozorom znakomita część kina i produkcji telewizyjnych, tego testu nie przechodzą. I także dlatego włączcie Self made. Bo głosujemy pilotami, a takich produkcji potrzebujemy więcej.