To nie jest nudny serial. To jest szykowny serial. To serial zrobiony ręcznie, a nie maszynowo. To opowieść wydziergana z niezbyt kolorowych nici, która – mimo niezbyt zachwycającego wzoru – przynosi efekt całkiem solidnego i urodziwego pledu.

O Eddy’m musiało być głośno od samego początku. Damien Chazelle (Whiplash, La La Land) – reżyser dwóch pierwszych odcinków – to nazwisko, które musi przyciągnąć widza. Dla polskiego odbiorcy, dodatkowym wabikiem jest Joanna Kulig (Zimna wojna, Sponsoring) obsadzona tu w jednej z głównych ról. Do tego Paryż i Netflix. Czym więc jest Eddy? To 8odcinkowy miniserial. O paryskiej knajpie. O jazzie. O mieście i jego mrocznych bohaterach, którzy zawsze odzyskują swoje pieniądze. Przede wszystkim to jednak opowieść o życiowych rozbitkach, znajdujących przystań wśród innych – równie pokiereszowanych ludzi. Sporo tu nieudanych losów, ale bez egzaltowanej rozpaczy.

Jest więc dobrze, choć bez fajerwerków. Bo Paryż, jazz i życie nocne to przede wszystkim nadmiar. A w Eddy’m wszystkiego jest za mało. Za mało Paryża, za mało papierosów, za mało bodźców, by się nimi wypełnić i zapalić do opowieści. Wątek kryminalny – realistyczny, ale oporowy, ekscytujący? Nie za bardzo. Wątki miłosne? Średnie, toksyczne, męczące. Ale to wszystko tworzy jakość całkiem zjadliwą, choć pozbawioną cliffhangerów i innych cukierków dla widza.

Słyszałam też głosy, że Joanna Kulig wcale nie jest gwiazdą w Eddy’m. I rzeczywiście nie jest. To nie jest historia o heroinie ze wschodu podbijającej jazzowe krypty Paryża. Z konsekwentnie blendowanego tła, na pierwszy plan wysuwa się jedynie postać tytułowego Eddy’ego i jego córki. Ich konflikt stanowi jedną z osi opowieści. Postać Kulig, choć dobrze narysowana, w tym tle pozostaje, momentami tylko wybijając się na bliższe widzowi pozycje. Kulig świetnie narysowała jednak figurę zdolnej towarzyszki, która przejmuje na siebie część obowiązków partnera bez konkretnej władzy. W klubie czuje się gospodynią, w zespole – liderką. Ale jest po prostu „dziewczyną szefa”. Kulig oddaje cień sprawiedliwości każdej partnerce i każdemu partnerowi, który – choć wciągnięty w sprawy drugiej połówki – nie umie zadbać o własne interesy.

W Eddy’m urzekła mnie kameralność opowieści. Muzykę tworzą też światy pustawych klubowych koncertów. To muzycy w skórzanych kurtkach przesiąkniętych tytoniem, w których zawsze znajdzie się jeszcze jedna bibułka do skręcenia papierosa.  Artyści odklejeni od rzeczywistości, w której czas nie dzieli się na poranki, wieczory i terminy wyprzedaży. To czas liczony od koncertu do próby i do spotkania po koncercie, kiedy to zasłuchani pasjonaci podzielą się wreszcie zachwytem. W historii paryskiego jazzowego klubu powinien być sukces lub ekstatyczna drama. Serialowe amplitudy zdarzeń są intensywne, ale brak im silnego filmowego katharsis. Eddy jest czasem męczliwym, a czasem zachwycającym delikatnością snujem, który idealnie wpisuje się w moje pandemiczne wyciszenie. Obejrzyjcie i Wy!